Rozdział 5 – Nadzieja matką głupich.

Rozdział 5

„Nadzieja matką głupich”

            Byliśmy w kropce. Przeszukaliśmy wszystkie piętra, ale reszta okien była albo szczelnie zamknięta albo w środku mieszkań pałętało się już kilka Martwych. Byliśmy prawie pewni, że Victor musiał być w tym mieszkaniu. Jednak  mimo dokładnych poszukiwań, nie znaleźliśmy go.

            Miałam wrażenie, że w ciągu kilku chwil cały świat rozpada mi się na kawałki. Jeszcze przed kilkoma godzinami byliśmy szczęśliwą rodziną, a zaraz po tym zostałam sama z Nathanem. Jednak wciąż wierzyłam, ze odnajdziemy Victora, nie mogłam pozwolić na to, aby od nas odszedł. Nie mogłam. Był naszym braciszkiem i nadzieją. Musieliśmy go znaleźć.

            Tylko, że nie mieliśmy żadnego tropu, aż do pewnego momentu. Siedzieliśmy w dużym pokoju, zjedliśmy to co zostało zjadliwego w lodówce i baliśmy się zrobić jakikolwiek krok na przód. Ja chciałam zostać, mając nadzieję, że Victor tu wróci, chociaż wiedziałam, że to raczej niemożliwe. Nathan planował co mamy robić dalej i gdzie powinniśmy zacząć szukać Victora. Każdy kolejny plan wydawał się bardziej zwariowany i coraz bardziej bezsensu, aż w końcu zamilkliśmy i spoglądaliśmy tępo przed siebie. Myślałam o tym co się dzieje z moimi znajomymi. Z Catherine, moją najlepszą przyjaciółką, z którą znałam się od podstawówki. Zastanawiałam się także co z Emily, sympatyczną koleżanką z liceum, z którą przeżyłam wiele imprez wraz z Catherine. Byłyśmy prawie nierozłączne, jednak jak widać, do czasu. Bałam się, że zobaczę je jako zombie, albo co najgorsze… będę zmuszona, którąś zabić. Naszły mnie wspomnienia, co mnie zdziwiło, także o moim byłym… Jamesem. Czy też się zamienił? Czy może ucieka, tak jak ja? Wciąż na jego widok przyspieszało mi serce, jednak wiem, że zbyt dużo wycierpiałam, abym mogła do niego powrócić. Nagle wpadłam na pewien, szalony pomysł. Nie wiedziałam czy dam rade to zrobić, ale musiałam spróbować. Mogła to być nasza jedyna szansa.

            Kiedy wchodziłam do różowego pokoju to pierwsze co mnie uderzyło to brzydki zapach. Trup chłopca zaczął powoli się rozkładać, a ciepłe warunki nie sprzyjały tempu w jakim to się działo. Spojrzałam ze smutkiem na czarnowłosego chłopca o niezwykle delikatnych rysach twarzy. Żył, tak jak my. Miał szanse przeżyć, ale ktoś zdecydował inaczej… gdybym tylko wiedziała, może mogłabym go uratować. Może udałoby mi się wdrapać na górę i powstrzymać śmierć… jednak nikt nie potrafi powstrzymać śmierci i nikt nie wie kiedy nadchodzi.

            Podeszłam do dziecka i zaczęłam szukać. W kieszeniach, w butach, wszędzie gdzie się tylko dało.

- Co ty robisz? – Usłyszałam głos Nathana.

- Chcę… jest!

- Co? – Podszedł do mnie, marszcząc czoło.

- Znalazłam coś w jego dłoniach, to jest… – Rozwinęłam zwitek papieru. Nathan spojrzał mi przez ramię, marszcząc czoło.

- „Jestem… na stry…

- …chu! – dokończyłam za Nathana i jak oparzona, zaczęłam przeszukiwać sufit. – Jak mogliśmy być tak niedokładni! Jejku, dzieci to mają wyobraźnię. – Całkowicie wypadło mi z głowy, że Victor był najlepszy w chowanego.

- Mam! – zawołał Nathan i pociągnął za linkę. Klapa na suficie otworzyła się i zaraz po tym przed nami ustawił się rządek schodów. – Wejdę pierwszy. – Zgodziłam się bez słowa. Wszedł powoli, jednak pistolet trzymał blisko siebie, jednak nie na widoku. Najwidoczniej nie chciał wystraszyć Victora. Wątpił, aby jakiś umarlak tam zamieszkał.

- Victor?! – zawołał, a jego głowa powoli znikała w suficie wraz z ciałem, kiedy powoli wchodził po schodach.

- Tu jestem! – usłyszeliśmy chłopięcy głos. Poczułam jak ogromna gula w gardle mi opadła. Już dawno nie czułam takiej ulgi. Wyprzedziłam Nathana i bez zastanowienia wbiegłam na górę.

- NIE!! – wydarł się Nathan, jednak było za późno. Potwór, którego nie widziałam jeszcze nigdy wcześniej, wpadł na mnie z impetem, który spowodował, że upadłam z trzaskiem na ziemię, uderzając plecami o drewnianą podłogę. Ból, jaki niespodziewanie się pojawił, był taki silny, że poczułam otępiający świst w głowie. Wezbrało mi się na wymioty, jednak wygięłam tylko ciało w łuk i zawyłam z bólu. Gdzieś w oddali słychać było strzały. Nie wiedziałam co się dzieje, tylko to, że coś ciężkiego przyciska mnie do ziemi. Po raz kolejny tego dnia myślałam, że zaraz umrę. Jednak znów się myliłam.

            Nathan, trzymając kurczowo ręce na broni, wystrzelił kilka pocisków prosto w łeb tego pokracznego stworzenia. Nie potrafił nazwać tego zombie, nie potrafił w ogóle go nazwać. Nie wiedział co to było, ale miał pewność, że jest obrzydliwe oraz to, że nie żyje. Jego głowa bezwładnie leżała koło mojej szyi, jednak byłam zbyt otępiała z bólu, aby to zauważyć. Nathan jednym kopnięciem, odrzucił stwora gdzieś daleko ode mnie i kucnął przy mnie. Zaczął badać całe moje ciało i kiedy dotknął okolic mojego brzucha, zawyłam ponownie z bólu.

- Nic sobie nie złamałaś, ale na pewno jesteś mocno potłuczona.

- Co… z Victorem? – Mimo tragedii, nie potrafiłam o nim zapomnieć. Nathan nerwowo rozejrzał się po pomieszczeniu, a potem odwrócił wzrok od czegoś co leżało za nim. – Powiedz mi, gdzie on jest?! – powiedziałam głośniej, jednak Nathan nie odpowiedział.

- Musimy stąd iść – rzekł.

- Nie! Masz mi powiedzieć gdzie jest Victor! Wiem, że coś widziałeś tam z tyłu! – Byłam nieugięta. Nie mogłam tego tak po prostu zostawić. Nie po tym co się stało.

- Elizabeth… on… nie żyje. – Cisza, jaka nastała, była najgorszą w moim życiu. Mój mały braciszek nie żyje. Mój chłopiec, z którym tyle się bawiłam, któremu pomagałam w nauce… umarł. Tak po prostu. Jakby nigdy nie istniał. Powoli się podniosłam.

- Elizabeth…

- Zamknij się. – warknęłam i zaczęłam iść na czworaka w kierunku martwych, malutkich zwłok. Powoli nie widziałam już nic wokół siebie, bo łzy zamazywały mi pole widzenia. Jednak chwilę później poczułam jego dłoń. Malutką, niewinną. Była ściśnięta, tak samo druga. Przytuliłam go do siebie i wyłam. Krzyczałam tak głośno, że Nathan postanowił zamknąć klapę od piwnicy, a potem usiadł w kącie i zakrył twarz dłońmi.

To koniec. Nie ma dla nas ratunku.

~*~

            Za oknem było ciemno. Nie mam pojęcia ile siedzieliśmy w milczeniu i jak długo trzymałam Victora w objęciach. Wydawał mi się taki zimny i sztywny… ale dlaczego? Przecież nie mógł umrzeć, nie on…

            Nathan patrzył gdzieś w przestrzeń. Miał napiętą szczęką i zaciśnięte pięści. Chyba nawet nie zdawał sobie sprawy, że tak mocno je zaciska. Nie zauważyłam jednak momentu kiedy się rozluźnił i wstał. Zaczął chodzić po pokoju coraz bardziej marszcząc czoło.

- Musimy coś zrobić – powiedział, jednak nie odpowiedziałam na to. Nie miałam siły. – Nie możemy tutaj siedzieć przez cały czas, bo umrzemy.

- Może to lepiej – wykrztusiłam w końcu. Nie widziałam jeszcze Nathana w takiej furii. Podszedł do mnie i uderzył mnie mocno w policzek.

- Otrząśnij się! Dzieje się z tobą coś niedobrego. Wiem, że Victor umarł, ale my nie możemy, rozumiesz?! Musimy przeżyć! – nie wiedziałam, że uderzenie tak mocno działa na człowieka. Poczułam jak wzrasta we mnie adrenalina i chęć do walki. Wstałam i zmierzyłam go wzrokiem.

- Jak śmiesz…- wycedziłam, jednak potem zrozumiałam. Zrobił to specjalnie. W końcu siedziałam przy Victorze z kilka godzin, nie ruszając się. Musiał coś zrobić, abym otrzeźwiała. Rozumiejąc sytuację, usiadłam i zakryłam twarz dłońmi.

- Przepraszam, że znów nie potrafiłam  nic zrobić… nie wiem… czasem to takie ciężkie.

- Wiem, nie przepraszaj. To nie twoja wina. Jestem mężczyzną, więc łatwiej mi jest kontrolować emocje i działać. Jeszcze się nauczysz – Pogłaskał mnie po głowie. – Dobra, a teraz mówię serio, nie możemy tutaj siedzieć.  A obym zapomniał. – Spojrzałam na niego jak podchodził do stwora, który mnie zaatakował. Wpierw przypatrzył mu się, potem podniósł każdą z rąk, potem nóg. Następnie zajrzał mu do otworu w buzi. Ciężko była nazwać to ustami.

- Co robisz?

- Sprawdzam to coś. Trzeba się o nich dowiedzieć jak najwięcej. To nie jest zwykły Martwy. Albo ewaluowały albo mamy do czynienia jeszcze z innym przypadkiem. – Podeszłam do Nathana i pochyliłam się nad nim, jak kucał.

            Stworzenie było przerażające, a zarazem dziwne. Zdecydowanie mniejsze od zombie i czarne. Jego stopy były ludzkie, ale nienaturalnie długie i owłosione. Tak samo ręce, który zamiast palców miały długie, czarne szpony. Był pokryty skórą, jednak jej kolor nie był kolorem czarnoskórych. Była jeszcze bardziej ciemna i podobna trochę do skóry gada.

- Patrz na jego uzębienie – powiedział Nathan. Potwór miał szereg, ostro zakończonych kłów, jednak dwa z nich, po obu stronach, wydawały się dłuższe. Jak u wampira. Jego twarz również wydawała się niesmaczna. Małe, paciorkowate oczy, w których nie widać było białka, charakterystycznego dla człowieka. Jakby całe jego oko pokrywała źrenica. Był również łysy, jednak oprócz tego można powiedzieć, że jego głowa była zbliżona do kształtu ludzkiego.

- Pamiętasz? – Zadrżałam na samą myśl, wspominając. – Usłyszeliśmy głos Victora. Myślisz, że to był on?

- Nie wiem… wątpię aby Victor celowo chciał nas wprowadzić w niebezpieczeństwo. Nie wiemy czy ta kreatura potrafi mówić, jednak jeśli nie, to nie miała jak mu przekazać co ma powiedzieć. Zresztą musiałaby go zaszantażować…. Czyli musiałaby posiadać inteligencję wyższą. Chyba, że…

- Co? – spytałam, bo przez krótką chwilę zamilkł.

- On ma zęby, jak u vampira. Czyli możliwe, że potrafi wysysać krew… albo cokolwiek. Jednak jest dużo prawdopodobieństwo, że potrafi się dosłownie wbić w ofiarę – zadrżałam – wydaje się to być zwariowane, ale może właśnie on przemawiał jego głosem.

- Słucham?!

- Może to jedna z jego umiejętności, tak zwabia ofiary. Wysysa coś z niej i w ten sposób jest wstanie w jakiś sposób go naśladować, aby zwabiać ofiarę. Jak widziałaś, on nie jest dobry w starciach. Rzucił się na ciebie, ale niewiele ci zrobił – prychnęłam – zabiłem go bardzo szybko, więc możliwe, że jest słaby w starcu. Jednak jego kolor… dobry do maskowania i do tego wzrost. Wydaje się być zwinnym, jednak sądzę, że może być typem, który atakuje z zaskoczenia. – Zamyśliłam się. To co mówił Nathan miało w sobie sporo sensu.

- Jakaś gra cię nakierowała? – Nathan po raz pierwszy delikatnie się uśmiechnął.

- Nie, ale pewnie duża ich ilość sprawiła, że lepiej wnioskuje w tych sprawach.

- No ok, ale jak to nazwiemy?

- Chcesz to nazwać? – Zdziwił się.

- No tak. Musimy wiedzieć o co chodzi. Nie mogę na wszystko mówić, że to potwór, bo jak okaże się, że jest więcej innych typów tego paskudztwa, to nie będziesz wiedział jaką strategie przygotować. Zresztą nazwanie od razu zidentyfikuje cie z jego wyglądem. Szybko podejmiesz działanie. A potwór… to w sumie może być cokolwiek. Nawet zombie.

- Masz rację. W taki razie… wampir? – uśmiechnął się krzywo.

- Nie… nazwijmy go Astaroth.

- A skąd ci się to wzięło?

- Astaroth to demon… jeden z najbrzydszych. Myślę, że będzie to do niego pasować. – Zmierzył mnie wzrokiem, jednak nie negował.

- No dobrze… chyba masz rację, że w dzisiejszych czasach trzeba przypomnieć sobie o Bogu.

- Ja nigdy o nim nie zapomniałam. – Nathan uśmiechnął się.

- Dobrze, zatem Astaroth, inaczej skarbnik młodego imperium. Ciekawe. – Nie odpowiedziałam. Nie wiedziałam z czym mamy dokładnie do czynienia. Nie wiedziałam co nasz czeka i gdzie zamierzamy iść. Jednak po raz pierwszy, od początku apokalipsy, poczułam w sobie siłę. Siłę na to, że dam sobie radę.

~*~

W końcu opublikowałam rozdział 5. Przyznam szczerze, że miałam mały zastój w pisaniu i może dlatego musieliście tyle czekać na kolejny rozdział. Stwierdziłam jednak, że bardziej już go nie ulepszę, więc nie mam powodu dłużej zwlekać z jego opublikowaniem. Znowu rozdział 6 mnie zaskoczył i wprowadziłam kolejną zmianę, ale to jak zawsze, niespodzianka. Życzę wszystkim Wesołych Świąt i pozdrawiam, w szczególności nowych czytających! :)

Melancholy