Rozdział 4 – Kiedy strach zamyka ci oczy.

Rozdział 4

„Kiedy strach zamyka ci oczy”

            Chaos. Ogień, dym, krew. Tylko to przychodziło mi do głowy, kiedy widziałam otaczającą mnie scenerię. Pierwszego, żywego trupa ujrzałam przed kwiaciarnią, która została dosłownie zdemolowana. Rozbite kawałki szkła leżały na chodniku, a w środku kwiaty trawione były przez płomienie. Ogień w kwiaciarni? Dlaczego tam? Nie chciałam wiedzieć, zresztą długo się nad tym nie zastanawiałam, bo widok nieżywego człowieka, który się ruszał, a raczej czołgał po ziemi, był momentem zmieniającym mój świat na zawsze. Wiem, że o zombie ojciec mi powiedział wcześniej. Przed przyjazdem do miasteczka. Ale jak ujrzałam tego potwora, dopiero wtedy w to uwierzyłam. Ale i tak tą informację zepchnęłam szybko gdzieś w głąb siebie. Dopiero późniejsze momenty w moim życiu zmusiły mnie do uwierzenia, że apokalipsa faktycznie nadeszła.

            Zombie był okropny. Bez tylnich nóg i z mózgiem wystającym z głowy. Nigdy nie widziałam trupa, ani rannego człowieka. Tutaj miałam to w całej okazałości. Kiedy spojrzałam na to, od razu zabrało mi się na mdłości, jednak nie przeszkodziło mi to w zakryciu Victorowi oczu. Nie wiedziałam dlaczego to robię. Wiedziałam, że i tak nadejdzie moment, w którym będzie musiał stanąć twarzą w twarz z tymi potworami, ale może poczułam się lepiej mogąc go jeszcze chronić.

- Elizabeth, wiem, że to trudne ale daj mu patrzeć. Świat się zmienił, Victor musi wiedzieć z czym ma do czynienia. Nie przetrwa, jeśli zostanie sam – powiedział ojciec, ale w jego oczach, które widziałam w lusterku, widniał tak ogromny smutek, że aż ścisnęło mi się serce. – Nie mamy wyboru – dodał, widząc na mojej twarzy niedowierzanie.

- Ojciec ma rację, Elizabeth. Musimy nauczyć się żyć w nowych warunkach. – Wiem, że mieli rację, ale chyba powoli zaczynali zapominać o prawdziwych wartościach. Miałam wrażenie, że uważali to wszystko za grę. Nie patrzyli w przyszłość, ani w to, co może się stać z Victorem, kiedy będzie dorastał w taki sposób. Gdzie jest mama? Tak bardzo jej teraz potrzebuję, aby im to wytłumaczyła.

- Nie – powiedziałam – dopóki mogę, będę go chronić. Nie pozwolę aby to wszystko oglądał. Wiem, że i tak nadejdzie ten moment, ale zrobię wszystko aby widział jak najmniej. – Byłam zdecydowana.

- Elizabeth, jeśli wszyscy umrzemy oprócz niego, to jak będzie się bronił? Musi się nauczyć…

- Nie! – wykrzyknęłam. – Nie pozwolę! To jeszcze dziecko!

- Myślisz, że ich obchodzi to czy on jest dzieckiem czy nie?! – krzyknął ojciec, poirytowany moim sprzeciwem. – Nie! Zeżrą go tak samo jak nas, jak go nie nauczymy czym są! – Krzyczał. Victor zaczął płakać. I chyba dobrze, że tak zrobił bo dopiero wtedy każdy się opamiętał. Nathan przestał zaciskać z taką siłą dłoń na klamce samochodu, a ojciec się rozluźnił i przeprosił. Potrzebowaliśmy ludzkich uczuć. Potrzebowaliśmy pamiętać, że wciąż jesteśmy ludźmi i że potrafimy kochać. I Victor był naszą nadzieją.

            Przytuliłam go i pogłaskałam po głowie. Teraz ja byłam jego mamą. Wiedziałam, że jest silny, że da sobie radę, jednak chciałam zrobić wszystko, aby przeżył na tym świecie z dobrymi wartościami, jakie ja miałam.

- Ci… – szepnęłam – wszystko będzie dobrze. – Te słowa, choć proste, zadziałały na niego. Zresztą każdy je potrzebował. Nawet ja.

Wszystko będzie dobrze, Elizabeth.

~*~

            Krzyczałam. Krzyczałam tak mocno i tak głośno, jak pozwoliły mi na to moje płuca. Stałam sama po środku miasteczka, a wokół mnie ogień trawił dosłownie wszystko. Po moich policzkach spływały obficie łzy i czułam, że zaraz umrę. Nie było nikogo kto by mógł mnie uratować. Gdzieś w oddali słyszałam krzyki. Ludzie padali jak muchy, a potem zaraz zamieniali się w zombie, marząc o tym aby zabić kolejnego człowieka.

            Zamknęłam na chwilę oczy i wzięłam kila głębokich wdechów. Elizabeth, spokojnie, dasz sobie radę. Spojrzałam przed siebie i zacisnęłam wargi. Zombie były wszędzie. Nie zauważyły mnie, bo hałas wokół zagłuszył moje wołanie o pomoc. Nie wiem gdzie był Nathan ani ojciec. Nie potrafiłam nawet pomyśleć o Victorze. Jechaliśmy jeszcze trochę autem, kiedy zaczęła się masakra. Banda zombie wpadła na przód naszego samochodu, rozbijając naszą szybę. Ojciec zakrył się rękami, a Nathan prawie natychmiast skoczył do nas do tyłu.

- Elizabeth – powiedział – bierz Victora i uciekaj!

- Ojciec! – pisnęłam.

- Zaraz się tym zajmę, osłonimy was – otworzył za mnie drzwi i dosłownie wypchnął nas z samochodu. Nie widziałam co się dzieje. więc tylko złapałam Victora za rękę i zaczęłam biec najszybciej jak potrafiłam. Grupa zombie, jakie nas zaatakowały, zajmowała się naszym samochodem, w którym byli Nathan i mój tata…

Weszliśmy do jakieś uliczki i ujrzałam drabinkę prowadzącą na schody pożarowe, mieszczące się zawsze na zewnątrz budynków. Drabinka była ułamana w połowie tak, że jedynym, który mógł wejść był Victor, gdybym go podniosła. Nie miałam wyboru.

- Ok, słuchaj uważnie. Uniosę cię tak, że chwycisz tą drabinkę i wespniesz się wyżej.

- A co z tobą? – powiedział Victor, robiąc się coraz bardziej przerażony.

- Dam sobie radę, teraz szybko, bo nie wiadomo kiedy ktoś nas nie zaatakuje. – Nie wiedziałam skąd biorę tyle siły w tym momencie. Powinnam krzyczeć i schować się gdzieś w ciemnym miejscu. A mimo wszystko starałam się zapewnić Victorowi bezpieczeństwo.

            Podniosłam Victora jak najwyżej się dało. Chwycił małymi rączkami drabinkę, po czym wspiął się i znalazł się na platformie. I w tym samym momencie zobaczyłam jak rusza na mnie zombie. To było jak w zwolnionym tempie, choć cała sytuacja trwała zaledwie ułamek sekundy. Zombie upatrzył sobie mnie i kulejąc, zaczął iść w moja stronę. Nie był przez to szybki i możliwe, że to mnie uratowało.

Usłyszałam za sobą tylko krzyk Victora i nic więcej, ponieważ biegłam jak najszybciej pozwoliły mi na to moje nogi. Nie wiedziałam gdzie, nie wiedziałam w jaką stronę. Myślałam tylko o tym, aby uciec.

            Udało mi się, jednak znalazłam się na środku ulicy sama. Zostawiłam Victora, nie wiedziałam co się dzieje z Nathanem, a ojciec prawdopodobnie już nie żył. Tak jak mama. Zaczęłam krzyczeć. A razem z moim krzykiem, wielkie krople łez zaczęły spływać mi po policzkach. Pękłam, chyba w najgorszym momencie. A przede mną widziałam chodzące trupy, które mnie zauważyły. To już koniec. Umrę.

            Niespodziewanie poczułam czyjąś rękę na moim ramieniu i zaraz po tym byłam ciągnięta przez chłopaka. Widziałam tylko jego obszerne plecy, a reszta była zamazana przez łzy.

- Idiotko! – wrzasnął Nathan i potrząsnął mną kiedy znaleźliśmy się w zaułku, gdzie nie było już zagrożenia. Chociaż na chwilę. – Co ty wyprawiasz?! Chciałaś zginąć?! Wiesz, że nie możemy! Gdzie jest do cholery Victor?! Co z nim zrobiłaś?! – Pierwszy raz widziałam go tak rozwścieczonego. Poczułam jak całe moje ciało zaczyna drżeć. Nie tak to miało wyglądać. Mieliśmy bezpiecznie przejechać miasteczko, a potem ruszyć w stronę Nowego Yorku. Mieliśmy żyć… wszyscy. – Elizabeth kurwa – mówił dalej, jednak widząc moją reakcję, przestał już krzyczeć. – Powiedz mi proszę gdzie jest Victor. Nie mów mi, ze go zostawiłaś gdzieś…

- Zostawiłam, ale jest bezpieczny – wykrztusiłam w końcu. Nathan na chwilę odetchnął, jednak zaraz przybrał poważną minę.

- Gdzie jest? – spytał rzeczowo.

- Na schodach pożarowych. Zostawiłam go tam, bo nie miałam wyboru. Musiałam znaleźć mu bezpieczne miejsce, a ja już bym tam nie weszła. Nagle zaatakował nas zombie, nie wiedziałam co robić i zaczęłam biec, a potem… a potem… – Znów płakałam. Byłam na siebie zła, za tą bezsilność. Nie czas na nią, powinnam być silna. Jednak wciąż płakałam, jak małe dziecko… – Gdzie tata? – wypowiedziałam dławiąc się łzami.

- Nie żyje – odpowiedział krótko. Na twarzy Nathana widniała zaciętość i smutek jakiego nie widziałam nigdy wcześniej. Tata nie żyje… zostaliśmy sami… znowu… – Mam broń. Podał mi ją zanim… – Zacisnął wargi. – Pobiegłem was szukać. Zombie były zbyt zajęte… samochodem. Nagle znalazłem cie na środku ulicy. Musimy znaleźć Victora i uciec stąd, tu nie jest bezpiecznie. – Kiwnęłam głową. Nie byłam już wstanie wypowiedzieć nic więcej. Wskazałam tylko palcem w jaką stronę mieliśmy się kierować. Nathan odpowiedział milczeniem i naładował pistolet. Nie wiedziałam, ze potrafił to robić… i że prawdopodobnie już strzelał, skoro go naładowywał. Przełknęłam ślinę.

- Sprawdzę wpierw jak wygląda sytuacja. Na mój znak idziemy. – Znów skinęłam głową. Nathan kochał gry akcji gdzie się głownie strzelało i bardzo interesował się wojskowością, ale nie wiedziałam, że będzie aż tak mocno opanowany. Gdybym nie miała starszego brata, jestem prawie pewna, że nie przeżyłabym. Byłam zbyt słaba.

            Nathan tak jak postanowił tak też zrobił. Wyjrzał zza zaułku podobnie jak wcześniej ojciec, sprawdzając czy na zewnątrz domu czegoś nie ma. Wtedy nie wiedziałam czego tata szukał. Teraz już znałam prawdę i aż zadrżałam na samą myśl, że coś mogło zaatakować nas w domu.

- Idziemy – szepnął Nathan i wyszliśmy na główną ulicę. Po naszej  lewej widziałam trupy. Jednak szły w przeciwnym kierunku, więc nas na szczęście nie widziały. Po naszej prawej stał dżip, a w środku… spoglądał na mnie ojciec.

- Elizabeth, nie patrz na niego. On już nie jest sobą – powiedział Nathan a w jego głosie dało się wyczuć napięcie. Jednak mimo jego słów, nie mogłam oderwać od taty wzroku. Jego twarz była na wpół zjedzona, jednak miałam wrażenie, że obserwuje mnie jednym okiem.

- Tato… – wyszeptałam, jednak Nathan w tej samej chwili chwycił mnie za rękę i zmusił do szybkiego kroku.

- Musisz być teraz ze mną Elizabeth. Pokaż mi gdzie jest Victor. – Tak… Victor. Musimy go znaleźć, myślałam. W końcu otrzeźwiałam i rozejrzałam się. Tak… Victor jest tam… gdzie te… zombie!

            Zaczęłam biec, a Nathan za mną. Doszłam do schodów pożarowych na których powinien być Victor, ale jego nie było. Zombie też nie. Zakryłam ręką usta i spojrzałam przerażona na Nathana.

- Nie ma go… powinien tu być!

- Spokojnie, jest mądry. Pewnie schował się w któryś z mieszkań. Wejdźmy na te schody. – Tak też zrobiliśmy. Nathan podsadził mnie, a potem sam skoczył i chwycił się drabiny. Był wyższy, więc było mu łatwiej. Spojrzałam na pierwsze okno. Było otwarte, to był dobry trop.

- Wejdę pierwszy – powiedział Nathan.

- Myślisz, że coś tam jest? – powiedziałam zdenerwowana.

- Raczej nie… ale lepiej nie ryzykować. – Wyciągnął broń i przeszedł przez okno. Usłyszałam jak uderza nogami o ziemię, a potem cisza.

- Nathan? – szepnęłam, ale nie odpowiedział. – Nathan!

- Spokojnie, wszystko ok! Rozglądałem się, ale nie widzę Victora.

- Może zawołaj?

- Wole nie ryzykować. Nawet jak się dowie gdzie jesteśmy, to możemy ściągnąć na siebie niepotrzebnych gości i wtedy w ogóle stracimy go, bo będziemy musieli uciekać. – Zgodziłam się z nim. Weszłam za nim do ciemnego pomieszczenia, które kiedyś pewnie służyło jako pokój dziecięcy. Wciągnęłam ze świstem powietrze kiedy ujrzałam wszędzie zakrwawione ściany a na łóżku leżało martwe dziecko.

- Nie patrz – szepnął Nathan, ale nie potrafiłam tego zrobić. Dziecko było ułożone jak do snu. Miało zamknięte oczy i splecione dłonie na brzuchu. Wyglądało może na nie więcej niż 12 lat. Był to chłopiec.

- Dlaczego… nie jest jednym z nich? – spytałam. Nathan wskazał na jego głowę.

- Ktoś go zastrzelił. Najwyraźniej to jedyny na nich sposób. – Nie chciałam się tego dowiadywać w taki sposób. Chłopiec mógł być w wieku Victora i przeraziła mnie myśl, co się tu wcześniej musiało zdarzyć, że ktoś zdecydował się zabić dziecko. – Chodźmy dalej, nie ma sensu tu zostawać. – Przeszliśmy do kolejnego pokoju, w którym wszystko wyglądało na prawie nienaruszone. Jedyne co przyciągnęło moją uwagę, ale też odpychało, to było zgniłe jedzenie leżące na stole. Plaga musiała się zacząć tutaj wcześniej. Ale w jakim miejscu rozpoczął się pierwszy atak? Nie miałam pojęcia.

- Nie ma go – powiedział Nathan, zaglądając do reszty pokoi. – Chyba musimy zajrzeć na korytarz.

- Ale skoro był tutaj bezpieczny to dlaczego go tutaj nie ma? Powinien na nas poczekać – powiedziałam, czując jak wzrasta moje zdenerwowanie. Nathan nic na to nie odpowiedział tylko powoli otworzył drzwi wyjściowe. Wyjrzał zza nie, ale zaraz je zamknął i się odsunął.

- Jest ich tam za dużo – szepnął. Wsłuchałam się. Dało się słyszeć zza ścianą pomrukiwanie i jakby… warczenie. Były to typowe odgłosy dla zombie, jakie miewają w różnych w filmach czy grach. Poczułam na swoim ciele ciarki.

- I co teraz? – Nathan spojrzał na mnie powątpiewająco.

- Szczerze, nie wiem. Wątpię aby Victorowi udało się przedrzeć przez tylu zombie bez żadnej pomocy. Więc albo źle szukamy i się gdzieś tutaj chowa, albo może poszedł schodami wyżej.

- Ale okno było otwarte…

- Wiem, ale może ktoś tędy uciekał.

- Myślisz, ze Victor mógł widzieć tego chłopca? – Zadrżałam.

- Myślę, że odkąd nie jest z nami, mógł widzieć jeszcze więcej.

- To co robimy? Nawet nie wiemy gdzie go szukać! – krzyknęłam szeptem.

- Wejdziemy wyżej i zobaczymy jak w innych pokojach wygląda sytuacja. Miejmy nadzieję, że nikt go nie zabrał….

- Słucham?!

- W tym pokoju… mógł ktoś w nim być. Widać, że to dziecko zostało zabite jak jeszcze żyło. Zostało ładnie i troskliwie ułożone, jakby ktoś wolał zabić swoje dziecko niż pokazać mu świat taki jaki jest teraz. Albo po prostu stracił nadzieję i chciał popełnić samobójstwo.

- No tak… ale to jedzenie. Ktoś tu był już dawno, wątpię aby…

- Widziałaś pokój? – Wytężyłam umysł.

- Był różowy.

- Dokładnie, jaki chłopiec lubi różowy? Zresztą wszędzie te misie i lalki. To był pokój dziewczynki.

- Ale w takim razie… co to znaczy? – Nathan sposępniał. Wyglądał na starszego niż zawsze. Ciekawe jak się czuł, wiedząc, że gdzieś tam jest jego dziewczyna… sama.

- Możliwe, że ktoś tutaj przyszedł, chciał się schronić. Na zewnątrz jest wielu zombie, nie ma prawie możliwości się przedostać. Był z chłopcem… i wybrał dla niego śmierć.

- Myślisz, że spotkał Victora?! – Nathan odwrócił wzrok.

- Myślę… że to bardzo prawdopodobne, że Victor kogoś spotkał. Jest inteligentny, ale jest też dzieckiem. Każde dziecko na jego miejscu schowałoby się gdzieś i czekało na ratunek. Chociaż przynajmniej z kilka godzin. Nas nie było zaledwie pół godziny. W dodatku mówisz, że gonił cię martwy. Widząc to, bałby się zejść ze schodów pożarowych i być na dole, gdzie jest najbardziej niebezpiecznie. Wiedział też, że wrócisz. A przynajmniej miał taką nadzieję. Jednak go tu nie ma.

- Ale…

- Ten martwy chłopiec… on jest wciąż jeszcze ciepły – powiedział Nathan, a ja poczułam jakby coś mi się przewróciło w żołądku. Victor… gdzie do cholery jesteś?

~*~

Jak obiecałam jest rozdział dłuższy :) Jak to zwykle bywa, jako pisarz mamy około 50% wpływu na fabułę. Jest jakiś zarys, ale tak naprawdę wszystko tworzy się w momencie pisania i niespodziewanie zauważasz, że to co wcześniej zaplanowałaś, gdzieś ucieka. Tak samo stało się teraz. Zrezygnowałam z jednej z ważniejszych postaci, jednak jeśli chodzi o większe szczegóły, to dowiecie się już w 5 rozdziale. Zdecydowałam się także na zupełnie nowe rzeczy, które przyszły mi razem z rozdziałem własnie 5, więc aż sama siebie zaskoczyłam. Zrezygnowałam również z jednej kwestii dotyczącej zombie. Nie będą jednak biegać. To zbyt komplikuje wtedy historię. Bardziej odpowiada mi jednak wersja z serialu czy gry „the walking dead”, kiedy zombie potrafią jedynie chodzić. Jest to bardziej realne dla przetrwania :) Dlatego jak znajdę czas to wprowadzę zmiany w rozdziale 3 w tej właśnie kwestii. Dziękuję za wszystkie komentarze i zapraszam do komentowania moich kolejnych wypocin :) Pozdrawiam!

Melancholy