Rozdział 3 – Szukając ratunku.

Rozdział 3

„Szukając ratunku”

- Apokalipsy? – rzekł Nathan, a w jego głowie dało się czuć niedowierzanie. – Co to ma znaczyć?

- To, że świat kieruje się ku zniszczeniu. Ale bardziej kierowałbym się tym, że ludzie masowo umierają.

- Co znaczy, umierają? Jakaś choroba? – spytałam, nie rozumiejąc.

- Możliwe, że to wirus. Jednak jego objawy sprawiają, że inni wokół ciebie zaczynają umierać.

- A jaśniej? – Nathan się zirytował.

- Jak to się mówiło… powiedziałbym, że filmy jakie oglądacie w końcu stały się prawdą. Mamy plagę zombie. – Nastała cisza, a potem wybuchłam śmiechem. Często tak było. Kiedy się bałam to chichotałam. Taką miałam reakcję i kiedy tak śmiałam się do siebie, Victor spytał się mnie czy wszystko ze mną w porządku.

- Tak… tylko… nie potrafię w to uwierzyć – powiedziałam, wciąż chichocząc.

- Uwierzysz Elizabeth, wystarczy ze będziemy musieli przejechać przez miasto – powiedział tata. Był śmiertelnie poważny i ostatecznie jego wyraz twarzy sprawił, że przestałam się śmiać.

- A mama? – spytał Victor i dopiero teraz ja z Nathanem wstrzymaliśmy oddech. Jak mogłam zapomnieć o mamie… Widać było, że ojciec zwleka z odpowiedzią, jednak w końcu się zdecydował.

- Szpital był jednym z pierwszych miejsc gdzie zaczęła się ta cała tragedia… pojechałem tam od razu, ale musiałem zawrócić… było ich za dużo… – Jego twarz stężała i zacisnął dłonie na kierownicy. Jechaliśmy teraz przez autostradę i nie miałam pojęcia w jaką stronę się kierujemy. Wciąż nie docierało do mnie, że nie zobaczę już mamy.

- NIE MOŻEMY! – Wydarł się Nathan, a ja podskoczyłam na siedzeniu jak oparzona. Victor ze mną. – MUSIMY WRACAĆ I JEJ POMÓC!

- WIEM! – krzyknął ojciec. – Ale nie damy rady! Nawet wojska nie dają! Nie wiesz co się dzieje, nie widziałeś tego! Ludzie się nawzajem mordują, a potem ich jest coraz więcej! To nie film! Nie wejdziesz sobie z maczetą i wszystkich powyrzynasz! Jeden zły krok i już po tobie! I jak myślisz?! Skoro jest tak ciężko, to mamie by się udało? Nie miała czym się bronić, była w centrum ataku!! – Ojciec walnął pięścią o kierownice, aż zatrząsł się samochód. Nathan był zły, jednak nie odpowiedział. Nie zgadzał się z ojcem, uważał, że powinno się ją uratować, ale ja potrafiłam to zrozumieć. Było mało prawdopodobne aby mama wciąż żyła, a ojciec musiał pilnować nas. Swoje potomstwo.

            Spojrzałam przez okno, na drzewa. Jak szybko mijały. Nic nie widziałam, żadnego zagrożenia, żadnych potworów. A jednak gdzieś tam atakowały one ludzi i mordowały. Zombie, martwi ludzie, którzy z jakieś przyczyny potrafią chodzić i jeść. Tylko tyle im potrzeba aby zgładzić ludzkość. Widziałam wiele filmów na temat zombie, jednak zawsze potem jakoś ludzie przeżywali. Byli sprytni, dobierali się w grupy i zabijali. Też miałam zacząć zabijać? Ale czy można zabić już kogoś martwego? Spojrzałam na swoje ręce. Nie wyobrażałam sobie, że mogłabym w nich trzymać siekierę, a potem…

            Potrząsnęłam głową. Nie. Teraz nie będę o tym myślała. I tak jak nadejdzie taka chwila, to nie będę się zastanawiała nad tym co jest słuszne. Odrzuciłam od siebie myśli i spojrzałam na Victora. Bałam się o niego. Jak takie dziecko jak on będzie wstanie przeżyć? Muszę go chronić, za wszelka cenę.

~*~

            Nie wiedziałam kiedy przysnęłam, ale obudził mnie Victor, który delikatnie trząsł moje ramię. Otworzyłam powoli powieki i rozejrzałam się. Nic się nie zmieniło. Wciąż jechaliśmy we czwórkę czarnym dżipem, a za oknem dalej był las.

- Ile spałam? – spytałam.

- Krótko, ale zaraz dojeżdżamy do miasteczka i chce abyście byli czujni – powiedział ojciec, zerkając co chwila w tylnie lusterko, jakby sprawdzał cały czas czy jakaś wataha zombie nie zacznie biegnąć za nami. Właśnie, wpadło mi do głowy jedno pytanie.

- Czy oni są szybcy?

- Kto? – zapytał ojciec.

- No zombie, czy łażą jak stado niedorozwiniętych potworów, czy potrafią biegać? – To pytanie było dla mnie istotne. Chciałam wiedzieć jak duże mamy szanse.

- Niestety biegają, kiedy zobaczą kogoś żywego. Jednak wolniej niż ludzie. Niestety nie widziałem ich w stanie, kiedy nie było nikogo żywego wokół, ale wątpię aby wtedy biegali. Nie zapominajcie dzieciaki. To jest tylko kupa mięsa. Nie myślą, nie czują, nie mają intuicji. Jesteście wstanie z nimi wygrać, bo myślicie. To największa broń ludzkości, dzięki niej jesteśmy najbardziej niebezpiecznymi zwierzętami na ziemi. Ich też pokonamy. Teraz nas wzięli z zaskoczenia, jest ich dużo i coraz więcej. Ponieważ zwykli ludzie nie byli przygotowani na taki atak, byli łatwym celem. Dlatego tak to się rozszerza. Ale zostaną silne grupy, laboratoria badawcze w których będą szukać leku. Więc wierzę, że przeżyjemy to. Tylko musimy znaleźć bezpieczne miejsce.

- Ale gdzie to bezpieczne miejsce? – spytał Nathan. Wyglądał na zmęczonego. Prawdopodobnie nie był wstanie zasnąć i cały czas czuwał. Jak ja mogłam zasnąć? Kiedy wiedziałam co się dzieje na zewnątrz i to, że moja mama nie żyje? Dlaczego… w ogóle nie czułam z tego powodu bólu? Jakby mnie wyprano z emocji…

- Słyszeliście w radiu, jedziemy do Nowego Yorku. Szczerze nie wiem gdzie może być najbezpieczniej, ale to wydaje się być jedynym dobrym wyjściem.

- Na pewno? – spytał Nathan. – Widziałem już to, co prawda w filmie, ale wciąż. Będzie tam tłum ludzi, każdy będzie chciał się dostać do statku. Myślisz, że nam się uda? A jak znajdzie się wśród takiego tłumu zakażony? W ułamku sekundy rozpęta się rzeź. Czy to na pewno dobry pomyśl?

- A masz lepszy? – warknął ojciec.

- Łódź, jeźdźmy na przystań i znajdźmy jakiś większy jacht.

- I co, zamierzasz to poprowadzić tylko z naszą czwórką? W dodatku z jednym dzieckiem? W ogóle ktoś zna się tutaj na żeglarstwie? – Spojrzał na nas, ale nikt z nas się nie odezwał – Tak myślałem. I co, gdzie popłyniemy? Przed nami Atlantyk. Nie znam się na morzach, nie wiem gdzie są jakieś pobliskie wyspy, nie umiem wyznaczać kursu. Nie uczono nas tego na studiach prawniczych. – Nikt się nie odzywał.

Ojciec miał rację. Był to dobry pomysł, ale dla człowieka, który choć minimalnie znał się na pływaniu. My natomiast nigdy na niczym nie pływaliśmy oprócz łodzi motorowej, a wątpię aby starczyło nam paliwa na cały Atlantyk. Zresztą w jakim kierunku płynąć? Było to zbyt ryzykowne.

- Zdaję sobie sprawę, że to może być niebezpieczne, ale w tym momencie nic nie jest bezpieczne. Jesteśmy w trakcie apokalipsy, każdy wybór jest ciężki i niebezpieczny. Musicie się do tego zacząć przyzwyczajać. Mało teraz będzie bezpiecznych decyzji. Problemem nie są także zombie, ale ludzie. Może nawet większym. Pomyślcie, co zaczną robić ludzie kiedy zniknie rząd i jakiekolwiek prawo? Jeśli już nie zniknęło? – Wiedzieliśmy, co może się stać. Zaczną się zamieszki, kradzieże, chociaż nie na taką skalę jakby nie było potworów. Wszechobecny strach pokaże prawdziwe oblicze każdego. Prawdopodobnie każdy będzie miał broń, nawet dzieci. Zniknie życzliwość i dobroć. Zaczną się kalkulacje kto jest warty przeżycia a kto nie. Jak zdobyć pożywienie i jak przeżyć. Nie będzie miejsca na miłość i przyjaźń. Każdy będzie się bał o swoje życie. Stworzą się gangi, niebezpieczne grupy, które mogą być gorsze niż zombie. Świat się zmieni. Albo jak mówił ojciec, już się zmienił.

- Teraz macie być czujni. Nawet ty Victor. Musicie przeżyć, rozumiecie? Nie ważne co zobaczycie wokół. Nikomu nie pomagamy, mamy tylko siebie i skupmy się na przeżyciu naszej czwórki. – Dokończył ojciec, a ja spojrzałam przez okno. Zbliżaliśmy się do wioski, a widok jaki ujrzałam, ścisnął mój żołądek ze strachu.

~*~

No i mamy kolejny rozdział :) Wiele nie wnosi, mało akcji, jednak obiecuję, że to się zmieni. Pocieszę was jeszcze tym, że kolejny rozdział będzie zdecydowanie o wiele, wiele dłuższy ^^ Wciąż następują zmiany na podstronie „The last of us” – czyli tam gdzie znajduje się opis bohaterów i prawdopodobnie będę jeszcze zmieniała zdjęcia. To w sumie wszystko i dziękuję za tak wiele miłych komentarzy, jesteście super! :)

Melancholy