Rozdział 2 – Życie, które utraciliśmy.

Rozdział 2

 ”Życie, które utraciliśmy”

            Na chwilę zamarłam. Dobrze wiedziałam do kogo należy ten głos, ale nie potrafiłam się ruszyć. Kiedy jednak polecenie się powtórzyło, rzuciłam szybko książkę i zbiegłam na dół. Za mną schodził już Nathan, jednak mój najmłodszy brat prawdopodobnie spał jeszcze w swoim pokoju.

- Gdzie jest Victor? – zawołał ojciec, a na jego twarzy malował się niepokój połączony z gniewem.

- Co się dzieje tato? – odezwał się pierwszy Nathan, chcąc wiedzieć dlaczego oderwano go od rozmowy z jego dziewczyną. Została w mieście, w którym studiował i już za nią tęsknił choć nie widzieli się zaledwie tydzień.

- Elizabeth, przyprowadź Victora. Nie mam teraz czasu na tłumaczenia, musimy szybko zabrać najpotrzebniejsze rzeczy i wyjeżdżamy.

- Co? – Głos mój i Nathana zabrzmiały jednoczenie, jakbyśmy ćwiczyli to już wcześniej.

- Elizabeth! Natychmiast idź po brata. Weź mu rzeczy na zmianę i ubierz go w coś ciepłego i wygodnego. I wybierz najwygodniejsze buty. – Już chciałam otworzyć usta, aby znów zapytać się dlaczego jest taki zdenerwowany, ale jego mina sprawiła, że szybko zmieniłam zdanie. Pobiegłam na górę, jednocześnie próbując usłyszeć rozmowę brata z tatą, jednak zaraz znalazłam się przy drzwiach pokoju Victoria, więc nie miałam wyboru jak wejść i zrobić to co kazał mi ojciec.

            Tak jak myślałam, mój młodszy braciszek spał jak zabity. W przeciwieństwie do nas odziedziczył po ojcu tylko oczy. Natomiast włosy miał po mamie, czarne. Miał 10 lat i był jednym z tych inteligentnych dzieci. Czasem bywał łobuzem, ale często zaskakiwał nas swoim myśleniem i pytaniami. Szybko do niego podeszłam i zaczęłam go budzić. Było ciężko, ale w końcu otworzył zaspane oczy.

- Ccco? – Ziewnął i spojrzał na mnie nieprzytomnie.

- Wstawaj, wyjeżdżamy. Nie ma czasu na pytania tym razem Victor. – Szybko dodałam widząc jego minę. Zaczęłam otwierać jego szuflady i pakować rzeczy do torby, którą znalazłam pod łóżkiem. Nie musiałam mówić Victorowi co ma robić. Zaczął się ubierać i wziął ze sobą swoją ulubioną zabawkę, Batmana.

- Wszystko? – spojrzałam na niego. Odwrócił się tylko aby jeszcze raz spojrzeć na swój pokój i kiwnął niepewnie głową. – Dobra, to zejdź na dół. Tam powinien być ojciec i Nathan. Ja jeszcze idę się spakować. – Tak też zrobiliśmy. Weszłam do swojego pokoju cały czas niedowierzając temu co się dzieje. Dlaczego tak nagle? Co spowodowało taką reakcję u ojca i dlaczego musimy wyjechać? Miałam wiele pytań, ale bardziej skupiłam się na pakowaniu. Wzięłam kilka ciepłych rzeczy i wygodne adidasy. Pomyślałam o trampkach, ale zaraz przypomniałam sobie opowieść Kinga „Wielki Marsz” w którym dzieciak zginął właśnie przez te buty, bo były nieodpowiednie na długą drogę. Ubrałam zatem adidasy i zarzuciłam jeszcze granatową bluzę z kapturem. Zmieniłam spodenki na czarne legginsy i szybko z włosów zrobiłam kitkę. Wrzuciłam trochę ubrań i bieliznę do sportowej torby. Zastanowiłam się przez chwilę i zdecydowałam się jeszcze na scyzoryk, latarkę i apteczkę. Kto wie gdzie jechaliśmy. Nie dostałam żadnych informacji, ale czułam, że to nie będzie nic dobrego.

            Zeszłam szybko na dół, taszcząc ze sobą dwie torby. Widziałam Victoria, który stał w przed pokoju z przerażoną miną i ojca w kuchni, który pakował prowiant.

- Elizabeth, spakuj te rzeczy do plecaków. Torby będą za duże, nie wiadomo jak długo będziemy jechać autem. – Dziwił mnie coraz bardziej, ale posłuchałam. Postanowiłam tez nie zadawać pytań, bo wiedziałam, że i tak nie uzyskam odpowiedzi. W czasie kiedy pakowałam plecaki, usłyszałam jak Nathan schodzi po schodach. On już od razu zdecydował się na plecak i był ubrany trochę po wojskowemu, pomijając białą koszulkę i bluzę.

- Niezłe ciuchy – mruknęłam.

- Wygodne – stwierdził krótko.

            Atmosfera była napięta. Nikt nie wiedział o co chodzi oprócz ojca. Ale teraz myślę, że może to lepiej. I tak byśmy w to nie uwierzyli, a nawet jeśli to nie byłam pewna czy nie wpadłabym w panikę. Takich informacji nie słyszy się codziennie.

- Gotowi? – zapytał ojciec, a wszyscy kiwnęliśmy głową. – To wychodzimy – rzekł krótko i nagle usłyszeliśmy szczekanie psa. To Lucky ujadała na zewnątrz. Ujrzałam jak momentalnie zmienia się wyraz twarzy ojca. Ujrzałam na niej strach. – Czekajcie – rozkazał i po raz pierwszy w życiu ujrzałam pistolet na żywo. Wyjął go ze skórzanej kurtki, delikatnie jakby to było coś kruchego. Poczułam jak mięśnie na moim ciele się napinają.

- Tato, co ty… – zaczęłam, ale kazał mi być cicho. Spojrzałam na Nathana. Był tak samo przerażony jak ja, ale nie było tego po nim widać. Miał mocno napięte rysy twarzy i skupiony wzrok na pistolecie. Victor chwycił mnie za rękę. Mocno ją ścisnęłam.

            Ojciec powoli otworzył drzwi wejściowe i wyjrzał na zewnątrz. Prawdopodobnie sprawdzał okolicę, ale nie miałam pojęcia po co. Czułam strach, ale z drugiej strony podniecenie. Nie wiedziałam co się dzieje, ale wiedziałam, że to coś groźnego.

- Ok, możemy iść – powiedział w końcu i wyszedł na zewnątrz. Pies już nie szczekał. W ogóle go nie widziałam. Na zewnątrz było pusto i cicho, tak jakby każdy poszedł już spać. Nie mogłam mieć pojęcia co w tej chwili dzieje się na mieście.

            Poszliśmy żwawo do dżipa, którego ojciec szybko otworzył. Wsadziliśmy bagaże do tyłu, a sami wsiedliśmy do środka.

- Gdzie jedziemy? – spytał Nathan, a ojciec po raz pierwszy wydał się być bezradny.

- Nie jestem pewien, ale na pewno daleko stąd – rzekł i włączył silnik. Zawahał się, ale zaraz po tym włączył radio. – Chyba czas abyście dowiedzieli się co się dzieje – powiedział.

Czułam jak wzrasta we mnie ciekawość. Ojciec najpierw zaczął szukać programów radiowych, ale większość wydawała tylko szumy. W końcu jedna zaczęła nadawać coś, jednak nie była to muzyka. Głos, który mówił przez radio, wydawał się być przerażony.

- ….sytuacja wydaje się wymykać spod kontroli, służby…. – trzask, trzask. Szum. Ojciec zaklął i zmienił stację.

- …nie możliwe! – Kobiecy głos. – Ludzie biegają jak opętani, jeszcze nigdy nikt nie widział czegoś podobnego! Atakują się nawzajem i nie wiadomo o co chodzi. Czekajcie… właśnie mam wiadomości z rządu. Każą się wszystkim ewakuować i jechać do Nowego Yorku! Będą tam statki, które przewiozą ludzi…. – znowu szum. Nie wiedziałam co przerywa audycję, jednak zdanie „atakują się nawzajem” nie brzmiało zbyt dobrze.

- Tato, czas abyś nam w końcu wyjaśnił co się dzieje – powiedział Nathan, najwyraźniej zniecierpliwiony. Siedział z przodu, a z tyłu ja. Głaskałam po włosach Victora, który położył głowę na moich kolanach.

- A więc… – pierwszy raz widziałam ojca tak niepewnego. Jednak trwało to zaledwie chwilę, bo zaraz zaczął mówić. – Chyba nadszedł czas apokalipsy.

~*~

       Ta dam! O to kolejny rozdział. Krótszy od poprzedniego, ale mam nadzieję, że z równie dobrą jakością :) Przyznam szczerze, że jeszcze ucząc się nowej witryny onetu (kiedyś pracowałam tylko na starej) i nie zauważyłam, że trzeba potwierdzić opublikowanie komentarzy, które przesłaliście. Więc żyłam w przeświadczeniu,ze nikt nie przeczytał mojego pierwszego rozdziału. Ale jak się miło rozczarowałam kiedy zobaczyłam, że jednak ktoś tam jest! Dziękuję Wam bardzo za komentarze i wiedźcie, że dają mi dużo radości. Odpowiedziałam na nie w poprzednim rozdziale :)

Co do częstotliwości odcinków to nie ma reguł. Nie stawiam sobie ich, bo zwykle z nimi przegrywam. Postaram się dodawać systematycznie rozdziały w odstępach czasowych dłuższych lub krótszych, ale mniej więcej tygodniowych. Blog wciąż jest w budowie, więc spodziewajcie się większej ilości bohaterów i małego streszczenia historii, które zachęci więcej ludzi do czytania… Oby! :)

Melancholy