Rozdział 1 – Cisza przed burzą.

Rozdział 1

„Cisza przed burzą”

            Gdyby ktoś by mi powiedział, że za dwanaście godzin zobaczę jak mój ojciec zabija człowieka, wyśmiałabym go. Nie tylko nie uwierzyłabym, ale kazała nie opowiadać takich świństw. Jednak los zrobił sobie ze mnie żart i to czego nie mogłabym spodziewać się w najgorszym koszmarze, stało się prawdą.

            Nazywam się Elizabeth Dailey i niedawno skończyłam 20 lat, bo aż dwa tygodnie temu. Właśnie wybierałam się na studia i gdybym wiedziała, że przestaną one istnieć nie skupiałabym się tak na nauce. Jednak nie wiedziałam tego, tak samo jak wielu innych rzeczy.

- Elizabeth! – Usłyszałam krzyk mojej mamy z dołu. – Zejdź na chwilę bo muszę z tobą porozmawiać! – Nigdy nie rozumiałam dlaczego to dzieci musiały przychodzić do swoich rodziców. Zawsze kiedy czegoś potrzebowałam to zwracałam się do kogoś bezpośrednio. Jednak niestety w tym wypadku rodzice mieli przewagę. Chcąc nie chcąc, odstawiłam książkę z powrotem na półkę i podniosłam ociężale swoje cztery litery. Zeszłam na dół do kuchni, w której zwykle urzędowała moja mama. Tym razem wstawiała zmywarkę i kiedy usłyszała kroki, zwróciła głowę w mojej stronę.

- O dobrze, że jesteś – wypowiedziała te słowa, tak jakby wcześniej nie wołała mnie na dół. – Będę potrzebowała dzisiaj pomocy w obiedzie. Zostaję w pracy do późna, a ojciec wraca gdzieś o 17 do domu. Byłabym bardzo wdzięczna gdybyś zrobiła obiad. Może być spaghetti, jest proste i szybko się robi.

- A Nathan nie może tego zrobić? Wiesz dobrze, że ja pracuje, a jak dobrze pamiętam on od 2 tygodni nic nie robi.

- Nathan miał ciężki okres na uczelni, więc odpoczywa. Zresztą wiesz dobrze, że on nie umie gotować. Obawiam się o swoją kuchnię kiedy on spróbuje coś przyrządzić. El… proszę, naprawdę cię potrzebuję tym razem. – Jedną z rzeczy, jaką mama potrafiła robić perfekcyjnie, było proszenie o pomoc. Ciężko mi było kiedykolwiek jej odmówić. Robiłam to tylko wtedy jak naprawdę wiedziałam, że nie dam rady tego zrobić. Zatem z markotną miną zgodziłam się i wróciłam z powrotem na górę. Dzisiejszy dzień był jednym z tych, w których postanowiłam kompletnie nic nie robić. Jedynym moim zajęciem w planie był wieczorny trening biegowy, bez którego nie potrafiłam się obejść. Kochałam biegać, chociaż zaczęłam to robić na wzgląd na sylwetkę to niedługo później stało się to pewnym uzależnieniem, a potem przyzwyczajeniem.

            Zamknęłam za sobą drzwi i rzuciłam się na łóżko. Czy kiedykolwiek miałam złe przeczucia? Na pewno nie tego dnia, choć jak wspominam ten okres beztroskiej sielanki, żałuje, że żaden głos mi nie powiedział mi, abym za żadne skarby nie puszczała mamy do pracy.

~*~

            Była godzina 17.30. Akurat w momencie kiedy wstawiałam makaron do ugotowania, usłyszałam jak mój pies zaczyna szczekać. Lucky, wilczyca którą mieliśmy już z 5 lat, zawsze pierwsza słyszała jak ktoś przychodzi, zanim ta osoba w ogóle zdążyła otworzyć drzwi. Tak jak się spodziewałam, zaraz po tym usłyszałam zgrzyt zamka, a potem dźwięk otwieranych drzwi. Uśmiechnęłam się pod nosem. Ojciec był prawnikiem i to był jeden z niewielu dni  kiedy wracał tak wcześnie do domu.

- Mm.. co tak ładnie pachnie? – Usłyszałam jego głos z przedpokoju.

- Chodź i sam zobacz! – odpowiedziałam mu i zaczęłam doprawiać mięso na patelni. Nie mogłam powiedzieć, że z ojcem rozumiałam się bez słow. Mieliśmy swoje zgrzyty, rzadko rozmawialiśmy, jednakże nie wyobrażałam sobie, aby mogło go kiedykolwiek zabraknąć.

            Chwyciłam łyżkę i spróbowałam sosu. Tak jak myślałam, za mało pieprzu. Ojciec wszedł do kuchni z uśmiechem na twarzy. Odziedziczyłam po nim blond włosy i niebieskie oczy, jednak z twarzy nie byliśmy do siebie w ogóle podobni. Ojciec miał wielką, kwadratową szczękę i ostre rysy. Wyglądał trochę przerażająco, ale wydawało mi się, że taki wygląd mógł przynieść większy respekt w byciu sędzią.

- Mama jeszcze nie wróciła? – Chociaż dokładnie wiedział kiedy mama kończy prace, często prowadziliśmy tego typu rozmowy. Niezobowiązujące, ale trzymające między nami więź. Kiedy odpowiedziałam mu, że oczywiście wciąż jest w pracy, niespodziewanie wszedł Nathan ze znudzonym wyrazem twarzy.

- O tu jest mój syn! – zawołał ojciec – a już myślałem, że go nie mam. – Ojciec w tym wypadku miał rację. Nathan albo siedział w swoim pokoju, albo wybywał gdzieś na imprezy lub spotkania z kumplami. Kiedyś mieliśmy z Nathanem świetny kontakt, ale odkąd wyprowadził się do innego miasta na studia, rzadko kiedy spędzaliśmy ze sobą czas.

- Yhm – rzekł krótko, trzymając w ręce w kieszeni. – Spaghetti? – Spojrzał na patelnie tęsknym wzrokiem. To co mnie śmieszyło najbardziej: faceci kochali żarcie, ale jeśli chodziło o zrobienie czegokolwiek to mogli głodować tak długo jak byli wstanie wytrzymać. W ostateczności, kiedy już ból w żołądku był nie do wytrzymania, ojciec i Nathan kwapili się aby wejść do kuchni i robili sobie ubogą kanapkę. Nathan właśnie był w takim stanie. Mówiła mi to jego mina, a ja stałam się właśnie dla niego bohaterką.

- Będzie za 15 min. – Mimo moich słów, Nathan i tak podszedł do patelni i spróbował mięsa.

- Trochę ostre… – Skrzywił twarz a ja uderzyłam go ścierką po ramieniu.

- Jak ci nie pasuje, to nie musisz jeść. – Nie odpowiedział tylko znów zanurzył łyżkę w sosie. Zaśmiałam się po nosem.

- No dobra Nathan, skoro zszedłeś już na dół to wypuść psa na zewnątrz, chyba dzisiaj jeszcze nie pobiegała – powiedziała ojciec i poluzował krawat. Nathan wyszedł z kuchni, a ja ponownie zamieszałam sos łyżką. Mimo, że nie byliśmy idealną rodziną, to nie potrafiłam sobie wyobrazić lepszej.

~*~

    Ledwo skończyłam biegać, a słońce już zachodziło za horyzont. Uwielbiałam te momenty, kiedy kończył się upalny dzień i powoli nadchodziła noc.

Weszłam na ganek i otworzyłam wejściowe drzwi. Jak zwykle pierwsza mnie przywitała Lucky, która skoczyła mi łapami na pierś.

- Lucky! Cała mnie wybrudzisz, złaź! – wydarłam się, jednak posłuchała dopiero wtedy jak sama ją zrzuciłam na ziemię. Uwielbiałam tego psa, w końcu sama namówiłam rodziców o jej kupno, ale czasem bywała irytująca.

Weszłam do pustej kuchni i spojrzałam na brudne talerze pozostawione na stole. Westchnęłam na myśl o Nathanie i ojcu. Niby dorośli, ale wciąż mają swoje dziecinne nawyki. Wzięłam talerze i włożyłam je do zlewu. Zaraz potem piłam zimny sok z lodówki ciesząc się chwilą, w której mogłam zaspokoić swoje pragnienie.

Postanowiłam wziąć krótki prysznic i skończyć książkę, którą wypożyczyłam z dwa tygodnie temu. Kolejny, głupi romans, ale czasem lubiłam zanurzać się świat wyobraźni. Miałam chłopaka, raz. Byliśmy ze sobą ponad rok jednak częste kłótnie zmusiły nas do rozstania. Kochałam go, jednak obydwoje stwierdziliśmy, że nie jesteśmy dla siebie.

Zimna woda była cudowna. Szybko umyłam się i ubrałam w letnie rzeczy. Czarne spodenki i beżową koszulkę na ramiączkach. Rozczesałam swoje długie blond włosy i wróciłam do pokoju. Książka leżała tam gdzie wcześniej, na łóżku. Chwyciłam ją w dłonie, jednocześnie rzucając się do tyłu na łóżko. Nie zdążyłam znaleźć strony, na której się zatrzymałam, bo usłyszałam mocny trzask drzwi, a potem donośny, ostry głos.

- Wszyscy na dół! Natychmiast! To kwestia życia i śmierci, więc żądam aby każdy się pojawił w tej chwili!

~*~

    Witam was bardzo serdecznie na moim blogu! Mam nadzieję, że pierwszy rozdział przypadł Wam do gustu. Jak widzicie dopiero zaczynam rozkręcać bloga, więc wiele rzeczy jest jeszcze w budowie. Aktualnie mam problem ze znalezieniem dobrego  obrazka dla męskiego, głównego bohatera, lecz myślę, że to kwestia czasu.

Pozdrawiam!

Melancholy