Rozdział 7 – Samotny Strzelec

Rozdział 7

„Samotny strzelec”

Czułam się jak w filmie, a najdziwniejsze było to, że czułam się dobrze. Naprawdę dobrze. Podobało mi się sposób w jaki się skradałam, to jak sprawdzałam czy nikt się nie czai za rogiem. Czułam siłę i moc, jakiej nie czułam chroniąc się za plecami Nathana. W końcu miałam kontrolę nad sobą i nad sytuacją.

            Nathan miał rację. Daleko, na korytarzu, szedł zombie, jednak był odwrócony tyłem do mnie, więc nie mógł mnie widzieć. Zajrzałam do miejsca, do którego wszedł Nathan. Było puste, a wszystkie drzwi, do różnych pokoi, były pootwierane. Poszedł dalej? Czy może jest gdzieś, w którymś z tych pokoi? Zamiast zastanawiać się dłużej, weszłam do środku i wstrzymałam oddech, nasłuchując. Cisza. Powinnam słyszeć coś, cokolwiek. Chociaż kroki Nathana, ale nie słyszałam nic. Tak jakby go tu nigdy nie było. Zagryzłam wargi i weszłam do pierwszego pokoju. Był pusty i prawdopodobnie był to salon. Ekran telewizora był pęknięty, a sofy ubrudzone krwią. Przestałam już zwracać na to uwagę. Na krew i na to, co mogło spowodować takie zniszczenia.

            Zauważyłam, że szafki były pootwierane, co przyjęłam z ulgą. Nathan musiał tutaj być. Za salonem zauważyłam jednak kolejne pomieszczenie, dlatego postanowiłam tam podążyć. Okazało się, że była to sypialnia. Starałam się nie patrzeć na człowieka, który leżał przywiązany do łóżka. Śmierdział okropnie i miałam tylko nadzieję, że Nathan nie musiał go dobijać. Zajrzałam do łazienki, jednak ona również została splądrowana przez kogoś. Oby Nathan znalazł sporo przydatnych rzeczy.

            Kiedy odwróciłam się, aby wyjść, wpadłam na pewien pomysł. Przez chwilę przeszło mi przez myśl, że to najdurniejsza rzecz jaką mogę zrobić, jednak szybko to zignorowałam. Byłam zbyt ciekawa tego, co może mnie napotkać. Szukałam przygody.

            Nie wiem co mnie podkusiło, ale postanowiłam wejść do kolejnego mieszkania. Zdałam sobie sprawę, że tu nie chodziło o Nathana. Na początku tak, ale potem tak spodobało mi się uczucie, które pojawiło się przy eksploracji terenu, że chciałam tego więcej.

            Kolejne pomieszczenie miało zamknięte drzwi, jednak otworzyłam je bez problemu. W środku nie było nikogo i o dziwo wszystko wyglądało schludnie i ładnie. Weszłam głębiej, postanawiając, że wpierw obejrzę kuchnię. Była jasna i ładnie urządzona. Zmarszczyłam jednak nos jak poczułam zapach, jaki wydobywał się z pobliskiej patelni, która wciąż stała na kuchence. Nie miałam zamiaru sprawdzać jaki był ostatni posiłek lokatorów tego miejsca, więc postanowiłam zajrzeć do lodówki. Prądu nie było od kilku dobrych dni, więc bałam się co zastanę w środku, ale nie było najgorzej. Chwyciłam kilka konserw, żółty ser i jajka. Reszta nie nadawała się do użytku. Postanowiłam przeszukać szafki i znalazłam płatki śniadaniowe, batoniki i inne jedzenie. Byłam niezwykle zadowolona z tego co znalazłam. Już nie mogłam się doczekać, aż usłyszę pochwałę od Nathana. W końcu coś zrobiłam. Nie byłam bezużyteczna.

            Niestety wyszłam bez plecaka, więc zapakowałam to wszystko w reklamówkę. Postanowiłam jeszcze przeszukać kolejne pomieszczenia, mając nadzieję, że coś znajdę. Kiedy przeszukałam cały salon oraz łazienkę, postanowiłam wejść do ostatniego, zamkniętego pokoju. Podejrzewałam, że była to sypialnia. Bez zastanowienia chwyciłam za klamkę i otworzyłam szeroko drzwi. Poczułam się tak pewnie w przeszukiwaniach, że stanęłam jak wryta, kiedy zobaczyłam zbliżającego się do mnie zombie. Tak jakbym zapomniała o tym, że teraz świat jest niebezpieczny i każdy mój zły krok może się skończyć śmiercią. Kiedy jednak poczułam jego obleśne palce na mojej skórze, trochę otrzeźwiałam, ale nie na tyle aby zrobić coś konkretnego. Jedyne co zrobiłam to zaczęłam krzyczeć i szarpać się z nim. Nie żył, ale był potwornie silny. Charczał na mnie, odsłaniając swoje obrzydliwe zęby, chcąc zatopić je w mojej szyi. Najgorsze były jednak jego oczy, całkowicie martwe i przerażające. Bałam się, że umrę. Naprawdę, tym razem nie widziałam szansy na przeżycie. Był coraz bliżej, a ja byłam potwornie słaba. Jedyne co potrafiłam to szybko biegać, nic więcej.

            Kiedy jego zęby coraz bardziej zbliżały się w kierunku mojej twarzy zobaczyłam, jak w zwolnionym tempie, jak jego czaszka rozlatuje się na pół i cała jej zawartość tryska na mnie. Zrobiło mi się nie dobrze i nie zwracając uwagi na to co się dzieje wokół, zwymiotowałam tuż obok. Zgięta w pół, opierając się dłońmi o kolana, usłyszałam nad sobą męski głos.

- Elizabeth! Co ty kurwa wyprawiasz?! Kazałem ci czekać! – Poczułam na nadgarstku silną dłoń i Nathan zaczął mnie ciągnąć w kierunku wyjścia. Wciąż na drugim nadgarstku miałam obwiązaną torbę z prowiantem, choć była trochę obrzygana.

- Ja…

- Teraz cicho, kto wie co obudziłaś tym krzykiem – syknął i poszliśmy do mieszkania, w którym wciąż był Victor. Nathan zamknął za nami drzwi, a potem stanęliśmy obydwoje w przedpokoju. Wyglądał na tak rozgniewanego, że bałam się cokolwiek powiedzieć.

- Nigdy więcej tego nie rób – powiedział ostro. – Czy ty nie rozumiesz?! Już nie chodzi o ciebie, zostawiłaś Victora całkowicie samego! Znowu! – Nie pomyślałam o tym w ten sposób. – Nie rozumiesz?! Mówiłem ci, nie możemy umrzeć! Jesteś mała, drobna, więc twoim zadaniem jest chować się póki możesz! Masz chronić Victora i samą siebie! A nie wpędzać się w tarapaty! Dopóki masz mnie, masz siedzieć na dupie kiedy tak mówię, inaczej wszyscy zginiemy! – Nie wiedziałam dlaczego, ale poczułam jak wzbiera we mnie gniew.

- Ale dlaczego tylko ty masz przeszukiwać pomieszczenia? Powinniśmy robić to razem, aby właśnie przeżyć! Czemu masz wszystko robić sam?!

- Myślisz, że mnie to cieszy? Myślisz, że czuję się z tym dobrze, że ryzykuję swoje życie?! Widziałaś tą sytuacje przed chwilą, gdyby nie ja, zginęłabyś! Ja też nie jestem na tyle silny, ale dopóki mamy Victora, jedna osoba z nas musi go pilnować! A patrząc na tą sytuację, mam większe szanse przeżycia. – Milczałam. Wiedziałam, że ma rację, jednak nie potrafiłam tego powiedzieć na głos. Nie chciałam się przyznać do błędu, nie potrafiłam. Czułam się tak dobrze, jak zdobywałam przedmioty, a jednak mi nie wyszło. Zawaliłam.

            Kiedy tak staliśmy i wpatrywaliśmy się w siebie z gniewem, z góry dało się słyszeć jakieś dźwięki. Jak oparzeni, zaczęliśmy biec w kierunku strychu. Kiedy zobaczyliśmy Victora, przecierającego swoje oczy i spoglądającego na nas tak niewinne, to zapomnieliśmy o całym gniewie jaki mieliśmy w sobie. Podbiegliśmy do niego i wpierw ja go mocno przytuliłam, a potem Nathan.

- O co chodzi? – Wyglądał na zdziwionego, jednak nie powstrzymywał się przed przytulaniem.

- Nic Victor, cieszymy się, że się obudziłeś. – Wytarłam swoje łzy, które niespodziewanie pojawiły się na moich policzkach.

- Aha – odpowiedział, a Nathan zaśmiał się.

- Dobra Elizabeth, wierzę, że zrozumiałaś tą lekcje. Mamy sporo rzeczy i nie możemy tu zostać dłużej – powiedział Nathan.

- Musimy wpierw nakarmić Victora – powiedziałam. Ta też zrobiliśmy. Zjedliśmy nieduże pożywienie. Musieliśmy pilnować, abyśmy nie zjadali więcej, niż powinniśmy, dlatego długo żuliśmy i czekaliśmy sporo, zanim chwyciliśmy kolejny kęs. Potem każdy zastanowił się czy jest najedzony i chowaliśmy resztę do plecaków. Było tego naprawdę dużo i mimo poprzedniej sytuacji, Nathan pogratulował mi, że tyle znalazłam jedzenia. On natomiast, oprócz prowiantu, miał różne medykamenty, które mogły nam się przydać w każdej sytuacji.

- I co teraz? – spytałam.

- Mówiłem, kierujemy się do Nowego Yorku, może uda nam się trafić na jakieś użyteczne auto. – Zgodziłam się, ucieszona, że mamy plan. Posiadanie planu było chyba najważniejszą rzeczą. Bez celu daleko byśmy nie zaszli.

~*~

- Mamy coś jeszcze? – powiedziałam, czując jak mój żołądek skręca się z bólu. Naszą jedyną przekąską, dzisiejszego dnia, była resztka konserwy. Najwięcej dostał Nathan, bo był największy i potrzebował siły aby nas bronić. Potem Victor, a ja wzięłam sobie najmniej.

            Minęły 3 miesiące od apokalipsy. Maszerowaliśmy większość czasu, aż na chwilę zaszyliśmy się w jakieś wsi. Nie mieli nic, ale chociaż mieliśmy wygodne miejsce do spania. Mieliśmy to szczęście, że zombie chodzą w grupach, więc gdyby jakaś wataha nas spotkała, to szybko byśmy ją zauważyli, a tak to rzadko można było napotkać jakieś osamotnione jednostki.

- Idę się przejść, może coś znajdę – powiedział Nathan, który wyglądał prawie jak zawsze, oprócz gęstej brody i kilka kilogramów mniej. Ja również zarosłam prawie wszędzie, ale starałam się o tym nie myśleć. Życie w cywilizowanym świecie nauczyło mnie czystości, jednak teraz to było niemożliwe. Czasem udało nam się wymyć w jeziorze, ale raz na jakiś czas.

- Głodny jestem – powiedział Victor, a ja poczochrałam go po głowie. Od dłuższego czasu nie widzieliśmy ludzi. Zastanawialiśmy się, czy w ogóle jacyś pozostali, jednak zawsze przypominałam sobie film I’m legend i wierzyłam, że na pewno ktoś pozostał. Nie byliśmy silni, a udało nam się przetrwać. Z pewnością znajdywały się takie same grupy jak nasza.

- Wiem, ale musisz wytrzymać – powiedziałam, próbując go nauczyć reguł nowego świata. Dużo rozmawialiśmy o tym co się dzieje. Starałam się mu się wiele tłumaczyć. Bałam się co dzisiejszy świat może z niego uczynić, jednak starałam się jak się dało, aby wyrósł na dobrego człowieka. Widział wiele razy jak zabijaliśmy zombie. Ale zdołałam go nauczyć, że to nie byli już ludzie, nawet jeśli tak wyglądają. Do teraz czuje ukłucie w sercu, jak Victor musiał, w pewnym momencie, sam się bronić… musiał zabić… chociaż staram się tego tak nie nazywać.

            Kiedy tak siedziałam i zastanawiałam się co nam się jeszcze przydarzy, niespodziewanie wpadł Nathan z wypiekami na twarzy.

- Szybko! Zbliżają się. – Ta część była nam tak dobrze znana, że każdy ruch wykonywaliśmy automatycznie. Nawet Victor. Kiedy zbliżało się niebezpieczeństwo, bez zastanowienia chwytaliśmy wszystkie nasze rzeczy, pakowaliśmy to co leżało, co wciąż mogło być użyteczne i wyruszaliśmy w dalszą drogę. Myślę, że świat nie byłby taki zły, gdyby jedynym naszym zmartwieniem były bezrozumne zombie… jednak świat stał się jeszcze bardziej okrutny, niż moglibyśmy przypuszczać.

~*~

Wiem, wiem. Bardzo długo czekaliście na kolejny rozdział, jednak niby wakacje dają więcej wolnego, ale moim zdaniem kuszą do tego, aby uciekać od obowiązków. Kiedy mam normalny grafik, a wakacji nie ma, czuję, że robię więcej pożytecznych rzeczy. A tak to lenię się niemiłosiernie (ale naprawdę tego potrzebuję :<) Jednak jak widzicie, udało mi się i przed wami kolejny rozdział. Rzadkość ich dodawania nie sprzyja popularności tego bloga, ale mimo wszystko piszę go też dla siebie. A zmuszając siebie do pisania w terminach, jak najszybciej, niszczy to moją motywację, co skutkuję rezygnowaniem z bloga. Więc na razie musicie mi wybaczyć, a ja w tym czasie będę uczyła się powoli dyscypliny.

Dziękuję za te i poprzednie komentarze! Naprawdę dziękuję, że wciąż tutaj jesteście, to wiele dla mnie znaczy :)

Melancholy